Przy wyjściu na scenę nie ma mowy o tremie - rozmowa z Edwardem Linde-Lubaszenką
Edward Linde Lubaszenko – wybitny aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, od lat związany z Krakowem. Postać niekonwencjonalna. Uroczy człowiek, wyznający zasadę, że życie jest sztuką przez duże S.
Ana Gran: Jak się czuje jeden z filarów Teatru Starego grając na
deskach Teatru Nowego…
Edward Linde-Lubaszenko: Do
współpracy z Teatrem Nowym zaprosił mnie Piotr Sieklucki, mój dawny student. To
dla mnie nowe, ciekawe doświadczenie, ponieważ Piotr jest artystą
kontrowersyjnym, nieokiełznanym, nie dającym się zamknąć w jakiekolwiek ramy.
Pomimo, że już w czasie studiów był niepokorny, zawsze mnie ciekawiło, co z
jego buntu wyniknie. Dlatego też ucieszyłem się, kiedy skierował do mnie
zaproszenie do udziału w realizacjach w teatrze, który założył i którego jest
dyrektorem. A Teatr Stary opuściłem jakiś czas temu, wraz z moimi kolegami,
którzy podobnie jak ja osiągnęli podobny wiek. Choć jako wykładowca Państwowej
Wyższej Szkoły Teatralnej mogłem tam jeszcze grać, postawiłem na niezależność.
I bardzo sobie chwalę ten wybór.
Ana Gran: Był Pan gwiazdą serialu Układ
krążenia, a kultowa postać doktora Bognara była tak bliska telewidzom, jak
dziś…lekarz pierwszego kontaktu. Tematyka lekarska nie jest Panu obca – zanim
został Pan aktorem, studiował Pan medycynę na wrocławskiej Akademii Medycznej.
Edward Linde-Lubaszenko: Tak, i to pełne trzy lata! Zdążyłem przez ten czas przerobić całą wiedzę o człowieku z tym, że każdy rok powtarzałem (śmiech). Znajomość medycyny jednak bardzo mi się w życiu przydała. Pomogła mi w polubieniu własnego organizmu. Nie wiem, czy Pani wie, że nasze narządy … lubią być lubiane! Jeśli traktujemy je z sympatią, odpłacają nam tym samym. Wiele osób pyta mnie o moją żywotność – jak to robię, że jestem ciągle aktywny, nie tylko zawodowo. Odpowiadam, że moją dewizą jest poczucie humoru i z niego właśnie czerpię siły witalne. A tak nieco poważniej to naprawdę chciałem zostać lekarzem, ale to nie były łatwe czasy, ani łatwe studia. W końcu rzuciłem medycynę, zresztą w bardzo konfliktowej sytuacji. Zostałem niesprawiedliwie i źle potraktowany przez profesorkę – podczas egzaminu zwijałem się z bólu z powodu ataku kamieni nerkowych, a ona nie dość, że kazała mi czekać cztery godziny, to jeszcze postawiła dwóję zarzucając symulację i złożyła na mnie donos do komisji dyscyplinarnej. Powiedziałem sobie, że nie chcę mieć już nic wspólnego z medycyną i takimi profesorami. Miałem wówczas jakieś doświadczenie z aktorstwem, bo występowałem w studenckim Teatrze Kalambur i współpracowałem z teatrem estrady wrocławskiej. Zdałem więc eksternistyczny egzamin aktorski w warszawskiej PWST i zostałem aktorem. A co do tytułu, o którym Pani wspomniała – w latach siedemdziesiątych takie medyczne seriale znacząco odbiegały od tych realizowanych w dzisiejszych czasach. Przede wszystkim nie były one tak realistyczne i nie przekraczały granic dobrego smaku. Teraz wszystko jest na pokaz, nie ma tabu. Zagadnienia medyczne w Układzie krążenia były jedynie tłem dla akcji. Fabuła skupiona była na życiu człowieka, nie na pracy lekarza.
Ana Gran: Dzisiejsze realia krakowskiego teatru sprawiają, że coraz mocniej tęsknimy do Swinarskiego, Jarockiego, czy Wajdy, który niedawno odszedł. Czy to tęsknota za wielkimi mistrzami i tradycją?
Edward Linde-Lubaszenko: Pytanie zadam
Pani ja – kto za nimi tęskni? Wąska grupa osób, które mogą siebie nazwać
pełnoprawnymi odbiorcami sztuki przez duże S. I niewielkie grono aktorów,
których pesel rozpoczyna się od cyfry 3, 4 lub 5 pamiętających wielkie
inscenizacje i wspaniałych realizatorów-reżyserów i wreszcie wąskie grono młodych
umiejących doceniać wielkie dzieła. To nie jest spektakularna liczba. Dlaczego
tak jest? Nie wiem, ale często się nad tym zastanawiam. Myślę, że wiele w tym
winy realizatorów, którzy podążając za nowymi trendami w teatrze robią
wszystko, żeby zaszokować widza, nieświadomie przyczyniając się do tego, że
publiczność – zamiast być zachęconą – czuje się zniesmaczona i po jednym razie
ma dość wizyt w teatrze. Nie pominę też braków edukacyjnych publiczności, która
przystaje na mierny poziom sztuki, ponieważ nie ma potrzeby oglądania ambitnych
realizacji. „Rozrywucha” – oto co króluje w tej chwili na większości scen. Na
szczęście – nie na wszystkich. Chciałbym podzielić się też z Panią i
Państwem moim przemyśleniem związanym z edukacją dzieci, która jest niezwykle
ważnym czynnikiem w tworzeniu społeczeństwa na wysokim poziomie intelektualnym.
Im wcześniej dziecko zostanie oswojone z ambitną sztuką, tym lepszym i
krytycznym stanie się odbiorcą w dorosłości. A tym czasem co się dzieje –
niezwykle popularna od paru lat w naszym kraju jest akcja „Cała Polska
czyta dzieciom”. Czy ktoś się zastanowił nad brakiem podstaw logiki tej akcji?
Chyba nie. Bo do czego ona służy? Na pewno nie spełnia założenia, by zaszczepić
w dzieciach bakcyl czytania. No bo niby jak, skoro nie one czytają, ale ktoś
czyta im. Przecież to one same powinny odkrywać radość czytania! Jak mają w
późniejszym życiu czytać ze zrozumieniem, skoro od małego przyzwyczajane są do
czytelniczego lenistwa! W moim pokoleniu to nie do pomyślenia! Dlatego teraz mamy
problem z publicznością. Ludzie nie chcą ambitnej sztuki w teatrze czy na
scenie, bo nie są odpowiednio wykształceni kulturalnie aby ją przyjąć i
zrozumieć. Dokąd nie zmieni się myślenie w tej sprawie, teatr będzie podupadał
nie tyle z braku środków, ile z braku wykształconej i wymagającej publiczności.
Ana Gran: Jaka jest Pana zdaniem różnica
pomiędzy aktorem i artystą? Andrzej Wajda powiedział kiedyś, że artyści to są
tacy aktorzy, którzy posiadają tajemnicę…
Edward Linde-Lubaszenko: Jak ktoś
świetnie to określił – aktorem się jest, artystą się bywa. Aktor zawsze będzie
ograniczony pewnymi ramami, które narzuca mu reżyser, producent czy realizator.
Zawód. Artysta jest człowiekiem wolnym, niezależnym. Z tej niezależności
czerpie artystyczne natchnienie. Aktor to przede wszystkim warsztat. Dobry
warsztat to podstawa zawodowego sukcesu. Od wielu lat uczę aktorstwa i z pełnym
przekonaniem mogę powiedzieć, że potrzeba wielu lat wytrwałości i miłości do
tego zawodu, aby stać się pełnoprawnym aktorem. To długoletni proces – twórczy
ale też rzemieślniczy. Powiem Pani, z czym moi studenci mają zawsze duży
problem. Z mową. Mowa jest po to, by przekazywać widzowi treści. Na scenie
trzeba mówić głośno i wyraźnie, a aktorzy czasami o tym nie pamiętają.
Zapominają o odległości dzielącej ich od publiczności. Na scenie nawet szept
trzeba … powiedzieć. Wiarygodnie. Z resztą wszystko, co aktor robi na scenie
musi być prawdziwe, organiczne. Przepuszczone przez siebie.
Ana Gran: A co z tremą? Czy po tak dużej
ilości zagranych ról w teatrze i filmie znane jest Panu to uczucie?
Edward Linde-Lubaszenko: Wie Pani, z
tremą to jest tak, że ja jej chyba nie dostałem w genach. A tak na poważnie, to
sprawa jest bardzo prosta – jeżeli jestem do roli przygotowany, a zawsze
jestem, to wychodzę, gram, kłaniam się i schodzę. To samo w filmie, tyle że bez
ukłonów końcowych (śmiech). Trema pojawia się u mnie w sytuacji, kiedy wypada
niespodziewane zastępstwo za kolegę z teatru i nie mogę przygotować się na 100
procent. Wtedy wchodząc na scenę mam tremę, która nie jest niczym innym jak
obawą przed tym, że coś przekręcę, poprzestawiam, czy przeinaczę. To wszystko.
Kiedy w normalnym trybie pracuję nad rolą, przy wyjściu na scenę nie ma
mowy o tremie.